Przez wiele lat byłem przekonany, że sukces w biznesie wymaga przede wszystkim wytrwałości, ogromnego zaangażowania i gotowości do pracy znacznie dłuższej niż inni. Dzisiaj, po ponad dwudziestu latach prowadzenia działalności gospodarczej, patrzę na to nieco inaczej.

Nie lubię ciężko pracować.

Brzmi kontrowersyjnie, szczególnie kiedy mówi to człowiek, który stworzył i rozwija własne przedsiębiorstwo, wielokrotnie pracował po kilkanaście godzin dziennie i niejedną noc spędził na rozwiązywaniu problemów, których następnego dnia nikt poza nim nawet nie zauważył.

Tylko że niechęć do ciężkiej pracy nie oznacza u mnie niechęci do działania. Wręcz przeciwnie, ponieważ uwielbiam tworzyć, projektować, rozwijać nowe koncepcje i obserwować, jak pomysły zamieniają się w rzeczywistość.

Nie lubię natomiast wysiłku, który nie przynosi proporcjonalnego efektu.

Jeżeli wykonanie jakiegoś zadania zajmuje mi trzy godziny, podczas gdy ktoś inny potrafi zrobić to w trzydzieści minut, nie oznacza to, że jestem bardziej pracowity. Oznacza raczej, że powinienem zastanowić się nad sposobem działania.

Jeżeli kolejny raz rozwiązuję ten sam problem, to być może nie potrzebuję większej determinacji, lecz zmiany procesu, który ten problem nieustannie generuje.

Jeżeli zatrudniam specjalistę, który potrafi wykonać określoną pracę lepiej ode mnie, to nie tracę kontroli nad przedsiębiorstwem, tylko zwiększam jego możliwości.

I właśnie ten sposób myślenia nazwałem kiedyś, trochę żartem, a trochę zupełnie poważnie, Konradyzmem.

Moja droga zawodowa rozpoczęła się od architektury, która nauczyła mnie patrzeć na rzeczywistość jak na układ wzajemnie powiązanych elementów, gdzie każda decyzja wpływa na funkcjonowanie całości. Kiedy później zająłem się gastronomią, szybko odkryłem, że restauracja jest równie skomplikowanym organizmem jak budynek, tyle że zamiast ścian, instalacji i konstrukcji mamy ludzi, produkty, procesy, emocje i pieniądze.

Początkowo próbowałem kontrolować niemal wszystko, ponieważ wydawało mi się, że skoro jestem właścicielem, powinienem wiedzieć, umieć i dopilnować każdego szczegółu.

Z czasem zrozumiałem jednak, że takie podejście ma bardzo poważną wadę.

Firma, w której właściciel musi osobiście rozwiązywać każdy problem, nie rozwija się w sposób niezależny. Ona rozwija zależność od właściciela.

To odkrycie zmieniło moje podejście do zarządzania.

Zacząłem budować zespół, delegować odpowiedzialność, korzystać z kompetencji specjalistów i szukać narzędzi, które pozwalają ograniczać powtarzalną pracę. Zatrudnienie dyrektorki finansowej było jednym z takich kroków, ponieważ zamiast samodzielnie zmagać się z obszarem, w którym nie jestem ekspertem, mogłem wreszcie zacząć podejmować decyzje na podstawie profesjonalnie przygotowanych informacji.

Równolegle rozpocząłem intensywną pracę nad własną osobowością, korzystając między innymi z Harrison Assessments, CliftonStrengths oraz współpracy z trenerką rozwoju.

Odkryłem wtedy, że moje naturalne predyspozycje do strategicznego myślenia, maksymalizowania rezultatów i nieustannego osiągania kolejnych celów mogą być zarówno ogromną przewagą, jak i źródłem niepotrzebnej presji.

Bo przez wiele lat moje wewnętrzne „dam radę” oznaczało przede wszystkim, że niezależnie od okoliczności muszę wytrzymać, znaleźć rozwiązanie i udowodnić, że potrafię.

Dzisiaj wiem, że nie każda trudność wymaga heroizmu, a nie każdy problem trzeba rozwiązywać osobiście.

Dojrzałość przedsiębiorcy zaczyna się również wtedy, kiedy przestaje on mylić własne zaangażowanie z efektywnością całej organizacji.

Dlatego Konradyzm nie jest filozofią lenistwa ani poszukiwaniem drogi na skróty. Jest próbą świadomego wykorzystywania własnych predyspozycji, kompetencji innych ludzi oraz dostępnych technologii w taki sposób, żeby osiągać możliwie najlepsze rezultaty bez marnowania energii na działania, które nie tworzą wartości.

Nie chodzi o to, żeby zawsze robić mniej, ponieważ niektóre cele wymagają ogromnego wysiłku, którego nie da się uniknąć.

Chodzi o to, żeby nie pracować ciężej tylko dlatego, że nie znaleźliśmy jeszcze mądrzejszego sposobu.

Dzisiaj, jako właściciel restauracji Smakuj z Nami i twórca Stacji Sushi Konrad, coraz bardziej doceniam sytuacje, w których firma potrafi funkcjonować, rozwijać się i podejmować codzienne działania bez konieczności mojego osobistego uczestnictwa w każdym procesie.

Bo największym sukcesem przedsiębiorcy nie jest stworzenie sobie miejsca pracy, z którego nie może wyjść.

Największym sukcesem jest zbudowanie organizacji, która potrafi tworzyć wartość również wtedy, kiedy jej właściciel zajmuje się myśleniem o przyszłości.

A ja właśnie na to chcę przeznaczać swoją energię.

Na wyobraźnię, strategię, tworzenie i rozwój.

I na to, żeby kolejnym razem, kiedy życie postawi przede mną naprawdę trudne wyzwanie, nie musieć udowadniać, że potrafię wszystko zrobić sam.

Wystarczy, że będę wiedział, jak dać radę.

To właśnie nazywam Konradyzmem.

A Wy, prowadząc swoje firmy lub zarządzając zespołami, częściej szukacie sposobów na zwiększenie własnego wysiłku czy na zwiększenie efektywności całej organizacji?

#Przedsiębiorczość #CEO #Zarządzanie #Przywództwo #RozwójOsobisty #Strategia #Konradyzm