Ta historia zaczyna się właściwie od końca, czyli od całkowitej ciemności, w której początkowo nie ma niczego, czego można byłoby się złapać, chociaż po chwili okazuje się, że gdzieś daleko pojawia się coś, co może być światełkiem w tunelu, a może nawet nie światłem, tylko dźwiękiem.

Coś bulgocze.

Wszystko wydaje się mokre, ciężkie i przesycone wodą, a gdzieś wokół trwa ogromna burza, w której grzmot miesza się z hukiem deszczu.

I wtedy z tej ciemności wyłania się Boeing 737.

Ląduje w strugach deszczu, spod jego kół wyrzucane są ogromne ilości wody, nad slotami, klapami i lotkami unosi się delikatna mgiełka, a kiedy dotyka pasa i uruchamia ciąg wsteczny, za silnikami powstaje prawdziwa ściana wody.

I wtedy pojawia się broń ostateczna.

Walkiria.

Nie pytajcie mnie jeszcze dlaczego, bo to jest część historii, której dzisiaj nie chcę opowiadać.

Potem następuje kolejny slajd, jakby ktoś zmienił scenę w projektorze, tylko tym razem zamiast ciemności pojawia się światło, które nie ma ostrości ani wyraźnego źródła, ponieważ wszystko staje się białe, lekkie i spokojne.

Są niebieskie kwiatki, chyba fiołki, jest ciepło i pojawia się piękny zapach, którego przecież nie powinienem czuć.

A jednak czuję.

Nie ma już burzy, huku ani wody, bo przez chwilę wszystko jest po prostu przyjemne.

I znowu zmienia się slajd.

Tym razem nie ma już ani Boeinga, ani fiołków, ani światła, ponieważ jest tylko cholernie smutna rzeczywistość, w której leżę samotnie w łóżku, jest mi potwornie niewygodnie i wszystko mnie boli, chociaż jednocześnie tego bólu właściwie nie czuję.

I pamiętam jedną myśl:

Dałem radę.

Co wydarzyło się pomiędzy tymi obrazami i dlaczego w ogóle je pamiętam, być może kiedyś opiszę, ponieważ to jest historia sama w sobie, ale dzisiaj nie o niej chcę pisać.

Dzisiaj interesują mnie właśnie te trzy słowa.

Dałem radę.

Bo kiedy patrzę na siebie z perspektywy całego życia, coraz lepiej rozumiem, że właściwie od dziecka byłem trochę inny, ponieważ miałem swój świat, swoje zabawki i przede wszystkim wyobraźnię, która pozwalała mi budować rzeczy nieistniejące nigdzie poza moją głową.

Przez wiele lat nie wiedziałem, co z tym zrobić, natomiast dzisiaj coraz częściej myślę, że właśnie wyobraźnia była jedną z moich największych przewag, chociaż długo traktowałem ją jak coś oczywistego.

Miałem coś, czego nie mają wszyscy, a skoro dzisiaj już to wiem, to zamiast próbować to w sobie przyciszać, powinienem nauczyć się świadomie z tego korzystać i to pielęgnować.

Podczas wielu godzin pracy nad sobą długo próbowałem również udowodnić, że nie mogę być taki jak wszyscy, ponieważ muszę być trochę wyżej, trochę szybciej, trochę wcześniej i najlepiej już widzieć to, czego inni jeszcze nie zauważyli.

Dzisiaj zaczynam rozumieć, skąd się to bierze.

Kiedy człowiek kilka razy porządnie dostanie od życia po głowie, może nauczyć się funkcjonować w taki sposób, żeby następnym razem nie tylko wytrzymać cios, ale najlepiej zobaczyć go wcześniej, przygotować się na niego i mieć już gotowe rozwiązanie.

I tutaj dochodzę do czegoś, co brzmi fatalnie, dopóki tego dobrze nie wyjaśnię:

nie lubię pracować.

Tylko zupełnie nie w tym znaczeniu, które właśnie przyszło Ci do głowy.

Nie lubię pracy, która wymaga ode mnie ogromnego wysiłku tylko dlatego, że została źle zorganizowana, ponieważ jeżeli coś, co inni potrafią zrobić stosunkowo łatwo, mnie kosztuje niewspółmiernie dużo energii, to pierwszą myślą nie powinno być: „muszę pracować jeszcze ciężej”, lecz raczej:

„co ja tutaj robię źle?”

Jeżeli przez trzy godziny wykonuję czynność, którą można zrobić w trzydzieści minut, nie jestem bardziej pracowity dlatego, że siedziałem nad nią trzy godziny.

Jestem mniej efektywny.

Jeżeli robię coś, w czym ktoś inny jest ode mnie dziesięć razy lepszy, być może rozwiązaniem nie jest spędzenie następnych pięciu lat na próbie dorównania mu, tylko zaproszenie go do współpracy, zapłacenie mu i zajęcie się tym, w czym to ja jestem dziesięć razy lepszy.

Jeżeli problem powtarza się po raz dziesiąty, nie chcę po raz jedenasty bohatersko go rozwiązywać, ponieważ znacznie bardziej interesuje mnie stworzenie takiego rozwiązania, dzięki któremu po raz jedenasty ten problem już się nie pojawi.

I właśnie gdzieś pomiędzy tym wszystkim powstało słowo, którym zacząłem nazywać ten sposób myślenia.

Konradyzm.

Trochę dla żartu, a trochę zupełnie serio.

Konradyzm nie oznacza lenistwa, ponieważ czasami potrafię pracować absurdalnie dużo, jeżeli widzę w tym cel, ale oznacza niezgodę na wysiłek, który niczego nie wnosi.

To szukanie sposobu, dzięki któremu można maksymalizować efekt, jednocześnie minimalizując energię zużywaną na rzeczy niepotrzebne.

To wykorzystywanie własnych mocnych stron zamiast nieustannego katowania się słabościami.

To zatrudnianie ludzi, którzy potrafią zrobić pewne rzeczy lepiej ode mnie.

To automatyzowanie tego, co można zautomatyzować, delegowanie tego, czego nie muszę wykonywać osobiście, i pozostawianie sobie przestrzeni na rzeczy, w których moja obecność naprawdę coś zmienia.

Co ciekawe, dopiero podczas późniejszej pracy nad sobą zacząłem dostrzegać, że skuteczne działanie nie musi oznaczać nieustannego dokładania sobie presji; w materiałach z moich sesji pojawiło się wręcz pytanie, ile tej presji pochodzi z zewnątrz, a ile sam sobie narzucam. 

I chyba właśnie tutaj jest najważniejsza zmiana, ponieważ kiedyś moje „dam radę” oznaczało przede wszystkim zacisnąć zęby, przetrzymać, zrobić więcej, wytrzymać dłużej i jeszcze raz udowodnić sobie oraz światu, że mnie nie złamie.

Dzisiaj coraz częściej „dam radę” oznacza coś zupełnie innego.

Nie muszę wszystkiego robić sam.

Nie muszę wszystkiego umieć.

Nie muszę za każdym razem dostać po głowie, żeby udowodnić, że potrafię wstać.

Mogę wcześniej zobaczyć problem, ominąć go, znaleźć prostsze rozwiązanie albo poprosić o pomoc kogoś, kto zna się na tym lepiej ode mnie.

Zresztą właśnie do takiej samoobserwacji wracaliśmy później podczas pracy nad stresem: nie tylko do pytania, co mnie uderza, ale również jakie bodźce kumuluję i jak pod ich wpływem zmienia się moje zachowanie.

Bo może największym zwycięstwem wcale nie jest to, że po raz setny potrafię przetrwać burzę.

Może największym zwycięstwem jest to, że po dziewięćdziesięciu dziewięciu burzach nauczyłem się wreszcie latać tak, żeby nie każda musiała kończyć się awaryjnym lądowaniem.

I chyba właśnie tym jest mój Konradyzm.

Nie sztuką unikania trudnych rzeczy.

Tylko sztuką takiego używania własnej głowy, wyobraźni, ludzi i dostępnych narzędzi, żeby kiedy przychodzi coś naprawdę trudnego, zostało mi jeszcze wystarczająco dużo siły, żeby powiedzieć:

Dałem radę.

I polecieć dalej. ✈️